Sztuka subtelności, czyli "Once" w Teatrze Muzycznym Roma
Niemal na samym początku mojego zainteresowania musicalem natknęłam się na piosenkę Falling Slowly. Przepiękną, swoją drogą. Ale już film, z którego ten utwór pochodził – niepozorna, irlandzka produkcja pod tytułem Once – gorzko mnie wtedy rozczarował. Wydawał mi się po prostu śmiertelnie nudny. Żadnych wpadających w ucho piosenek, żadnych wielkich numerów tanecznych, żadnych porywających zwrotów akcji... Dopiero później zrozumiałam, że największy atut Once stanowi właśnie ta jego zwyczajność i prostota. Powodzenie tego filmu polega na jego kunsztownej subtelności; to ona sprawia, że zwyczajna historia staje się niezwykła. Ale czy ten sam efekt udało się osiągnąć twórcom scenicznej wersji Once w Teatrze Muzycznym Roma? Cóż... Powiedziałabym, że i tak, i nie.
Once to opowieść o dwójce ludzi tak zwyczajnych, że nie zostały im nawet nadane imiona; nazywają się po prostu Dziewczyna i Facet. On jest irlandzkim muzykiem, ona – czeską imigrantką. Oboje są skomplikowani. Oboje mają emocjonalny bagaż. Oboje są samotni. I oboje kochają muzykę. To ta pasja ich łączy, to dzięki niej się porozumiewają i na niej budują swoją relację – relację niejednoznaczną, pełną niewyjaśnionych wątpliwości i niezadanych pytań. To niezwykle osobista historia, której nie wyobrażam sobie oglądać na dużej scenie. Pod tym względem produkcja Romy jest naprawdę znakomita, bo kameralna Nova Scena umożliwia zupełnie inny odbiór oglądanego spektaklu. Nie tworzy, jak tradycyjne sceny, bariery między aktorami a widownią, a umieszcza ich niejako w tej samej przestrzeni. Dzięki temu jesteśmy nie tylko obserwatorami, ale również uczestnikami oglądanej opowieści. Mamy możliwość podglądania osobistych scen z życia postaci, co w przypadku takiego spektaklu jak Once sprawdza się doskonale.
Niestety, wystawienie spektaklu na tak małej scenie ma również swoje wady. Na przykład to, że nawet z najdalszego miejsca widowni zauważalne jest każde niedociągnięcie i słyszalna każda nuta fałszu. Gdzie takie fałsze się zdarzały w przypadku Once? Całe szczęście nie na poziomie muzycznym, co do którego nie mam zastrzeżeń. Muzyka w tym spektaklu jest wprawdzie dosyć monotonna, ale przyjemna – zwłaszcza, kiedy wykonują ją utalentowani wokaliści. Szczególnie dobrze wypadła, według mnie, Monika Rygasiewicz, występująca w roli Dziewczyny. Jej delikatny głos brzmiał świetnie zarówno w numerach solowych, jak i w połączeniu z przyjemnie zachrypniętym głosem Mariusza Totoszki (w roli Faceta). Pozostali członkowie obsady też prezentowali bardzo wysoki poziom wokalny – i nie tylko. Niezwykłą cechą musicalu Once jest to, że spektakl rezygnuje z posiadania osobnej orkiestry, a akompaniament zapewniany jest przez stale obecny na scenie zespół. To oznacza, że wszyscy aktorzy muszą nie tylko umieć tańczyć i śpiewać, ale również grać na (przynajmniej jednym) instrumencie. Czyli, krótko mówiąc, muszą być piekielnie wszechstronni.
To z powodu tej wszechstronności jestem skłonna łagodniej potraktować niedociągnięcia w obszarze aktorstwa (tak – to właśnie te fałsze, o których wspominałam). W porównianiu do bardzo dobrych numerów muzycznych, sceny mówione, które w Once jednak dominują, wypadały po prostu blado. Stosunkowo najmniejszy problem miałam z tymi, w których uczestniczyli aktorzy drugoplanowi – zwłaszcza Karol Dziuba, grający rolę Billy'ego, był momentami naprawdę zabawny. Ale już w scenach między dwojgiem głównych bohaterów coś mi zupełnie nie pasowało. Brakowało mi w nich tej lekkości i naturalności, które stanowią o wartości tej historii. Czy to dialogi były zbyt sztywne? Czy może aktorzy nie udźwignęli subtelnego i zniuansowanego charakteru przedstawienia? Niestety nie potrafię tego stwierdzić. Dość, że w trakcie przedstawienia ani przez chwilę nie udało mi się zapomnieć, że mam przed sobą tylko dwoje aktorów, a nie bohaterów z krwi i kości.
Ale mimo tych zastrzeżeń nie wyszłam z teatru rozczarowana. Once ma z pewnością pewne braki, ale jest wciąż produkcją na wysokim poziomie. Nie jest to doświadczenie, które odmienia życie, ale przynajmniej dobra okazja, żeby posłuchać przyjemnej muzyki, trochę się pośmiać, może nawet trochę wzruszyć. To taki spektakl, na który chyba warto wybrać się once – ale raczej nie więcej.


Komentarze
Prześlij komentarz